Lech Poznań awansował do 1/8 finału Pucharu Polski, ale mecz z Gryfem Słupsk na długo zapadnie w pamięć kibiców. Faworyzowany „Kolejorz” zwyciężył jedynie 2:1, a czwartoligowiec był o włos od sprawienia sensacji. Spotkanie rozegrano w Słupsku, gdzie gospodarze postawili zaskakująco twarde warunki drużynie z Ekstraklasy.
Już w 19. minucie Lech objął prowadzenie po trafieniu Filipa Jagiełły, który wykorzystał dobre podanie z głębi pola. Kilkanaście minut później, w 33. minucie, Joel Pereira dołożył drugiego gola i wydawało się, że poznaniacy mają mecz pod pełną kontrolą.
Po przerwie obraz gry jednak się zmienił. Gryf Słupsk, wspierany przez publiczność, ruszył do odważniejszych ataków. W 63. minucie bramkę kontaktową zdobył Damian Wojda, dając kibicom gospodarzy nadzieję na wyrównanie. W końcówce spotkania emocje sięgnęły zenitu – po zamieszaniu w polu karnym piłka trafiła do siatki Lecha, jednak sędzia dopatrzył się spalonego i gol nie został uznany.
Ostatecznie Lech Poznań utrzymał prowadzenie i awansował do kolejnej rundy, ale jego gra pozostawiła sporo do życzenia. Trener poznańskiej drużyny może mówić o szczęściu – czwartoligowiec był o krok od sprawienia jednej z największych niespodzianek w historii rozgrywek.
Mimo porażki, piłkarze Gryfa Słupsk mogą być dumni ze swojego występu. Udowodnili, że w futbolu różnice między poziomami rozgrywek czasem zacierają się, a determinacja i wiara potrafią zdziałać cuda.







